7.08-9.08 2009 JAskier w Sopocie, czyli o tym, że Karaiby wcale nie są fajniejsze cz. 1


Etykiety:

4

W miniony weekend udałem się z rodzinką do Sopotu. Taki trzydniowy wypad nad morze. Było cudnie, śmię twierdzić, że bawiłem się równie dobrze jeśli nawet nie lepiej, niż na Karaibach. Ale po kolei…

07.08

W piątek rano pogoda wyglądała cudnie, dzięki autostradzie podróż z Torunia do Trójmiasta jest bajecznie szybka, na chwilę obecną jedzie się tam szybciej niż do Poznania. Gdyby autostrada prowadziła przez całą trasę, a nie tylko nieco ponad połowę, to wypad nad morze trwałby tyle co do Bydgoszczy, czyli śmiesznie mało. Niemniej tak czy siak jest to blisko, dodam, że nie spodziewałem się tego.

Po zakwaterowaniu w hotelu ruszyliśmy na sławetne molo. Przyznam, że nad polskim morzem nie byłem duuużo lat. Zdaje się, że około 3 lata, jak nie więcej. Pierwsze wrażenie było złe. Tłumy ludzi, żółta i chłodna woda przypominająca bardziej ściek, niż kąpielisko. Upał był niemiłosierny toteż usiedliśmy w kawiarence na molo, która jak można się było spodziewać ceny miała całkiem zawrotne, by następnie padła decyzja hardkorowa. Uwaga, trzymajcie się mocno. Zdecydowaliśmy, iż chcemy iść na pierwszy dzień Sopot Hit Festiwal 2009. Hardkor, nie? JAskier na mainstreamowej, popierdułkowo-popowej imprezie. ZUOO. Ojciec ruszył po bilety, i po godzinie zmagań miał dla nas całkiem genialne miejsca w centralnej części opery (zdaje się, że był to 15 rząd). Zważywszy na to, iż kupowane były parę godzin przed imprezą to naprawdę musieliśmy być zadowoleni. Cenowo bilety nie wypadały tak strasznie jak opowiadałem coniektórym, choć zupełnie tanie też nie były – 90zł/os.

Zbliżał się wieczór, toteż po szybkiej kolacji przyszło nam wyruszyć do sławetnej Opery Leśnej. Po 20 min całkiem szybkiego marszu byliśmy na miejscu. Po drodze kupiłem sobie fajną afro-perukę. Po co? Ano, po to żeby mnie w TV nie było widać, bo jeszcze ktoś pomyśli, że lubię muzykę rodem z radia ESKA ;). Amfiteatr robi naprawdę spore wrażenie, chyba nawet lepsze niż w elektronicznym pudle. Spory rozmiar i wszędobylskie światła i reflektory. No i ten BASSSS. Fajnie było zobaczyć osoby znane z radia i telewizji takie jak Monika Richardson czy inne Mrozy i Pectusy, a przede wszystkim… DODĘ! Taa, drodzy Państwo. Jestem bogatszy w wrażenia wizualne, bo widziałem królową polskiego popu ;). Z wyglądu rzeczywiście może ona uchodzić za królową (bynajmniej z przodu, z tyłem gorzej ;)). Show Doda (jako gwiazda wieczoru) dała na swoim poziomie – czyli burdel na kółkach, latex, pejcze i inne diabelskie różki. Równie ciekawym przeżyciem było zobaczenie "Fanklubu Dody", czyli kolesi i koleżanki ubranych w różowe koszulki i uszka. Ci pierwsi wyglądali bajecznie pedalsko w różowych barwach i z przylizanymi włoskami. Koncert wspominam bardzo dobrze i cieszę się, że tam byłem. O dziwo, raz na rok przy tego typu muzyce też da się bawić.


*Pierwsze zdjęcie przedstawia jeden ze statków turystycznych, przybijających do sopockiego molo, kolejne dwa to Doda podczas swojego koncertu na Sopot Hit Festiwal 2009. Co ciekawe Doda spała pokój nade mną w hotelu ;).

Kolejna część relacji dziś lub jutro. Stay Tuned. A w niej m.in: JAskier w Rebelu. JAskier i kolesie z You Can Dance. JAskier i żyrafy i słonie :D

4 Response to "7.08-9.08 2009 JAskier w Sopocie, czyli o tym, że Karaiby wcale nie są fajniejsze cz. 1"

  1. I tak wszyscy wiedzą, że uwielbiasz Dodę :P a pod łóżkiem masz wszystkie jej płyty :>

    A myślisz, że kto fanklub Dody założył..? :DDD

    Miała być kolejna część relacji i co? Gdzie jest? xD

    Anonimowy says:

    Dzieki za ciekawe informacje